Christiania

             Kopenhaga  Earthables

 

W narkotykowym raju

Wolne Miasto Christiania

Tuż przed moim przybyciem w Christianii doszło do strzelaniny. Młody imigrant wyciągnął karabin maszynowy i zaczął strzelać do wszystkich wokół.

 

Ta niewielka dzielnica Kopenhagi liczy zaledwie 34 hektary. Średnio co trzy minuty natykam się w niej na patrole policji, składające się przynajmniej z ośmiu mundurowych. – Czujemy się tu jak w Palestynie – żali się Detlev Nissen, mieszkający w Christianii od kilkunastu lat. Detlev jest z zawodu mediatorem społecznym: w sytuacjach kryzysowych ma pomagać zwaśnionym stronom dojść do kompromisu.

Ale z policją mediacji nie ma. Właśnie patrol wszedł do jednego z budynków. Część policjantów przeprowadza w środku rewizję, część obstawia drzwi wejściowe. Wokół gromadzą się młodzi ludzie – krzyczą na gliniarzy i przeklinają ich, ale nikt nie rzuca kamieniami ani nie atakuje kijami bejsbolowymi.

Jeszcze parę lat temu sytuacja taka byłaby nie do pomyślenia. Na terenie Christianii policjanci mogli się pojawiać tylko w cywilu, a każde wejście mundurowych wywoływało zamieszki. Były to czasy, gdy stragany przy Pusher Street – głównej ulicy Christianii – pełne były haszyszu i marihuany, sprzedawanych publicznie. Przez 33 lata kopenhaska dzielnica była kultowym miejscem dla fanów legalizacji narkotyków z całego świata. W marcu ubiegłego roku duński rząd wprowadził jednak politykę „zero tolerancji” wobec narkotyków.

Stoję wśród złorzeczących grupek młodzieży i widzę branie jeńców w tej wojnie – policjanci wyprowadzają trzech handlarzy narkotyków. – A miało być tak pięknie – rozmarza się aktorka Britta Lillesoe, która na początku lat 70. zamieszkała w tej dzielnicy. – Christiania to nasza fabryka marzeń – mówi. – To wielki plac zabaw dla dorosłych – dopowiada Detlev.

Nowy rozdział w dziejach tego miejsca rozpoczął się w 1971 r., kiedy duńskie wojsko opuściło koszary na wyspie Christianshavn. Puste budynki zaczęli zajmować hippisi, rockersi, anarchiści i różnego rodzaju sympatycy kontrkultury, tworząc tam squaty i komuny. Policja wyrzucała ich stamtąd, lecz oni wracali. Toczyli regularne walki z siłami porządkowymi. Zasiedlali kolejne lokale, w końcu ich liczebność doszła do tysiąca osób. Wśród nich wielu było artystów, malarzy czy aktorów. Organizowali koncerty muzyczne, spektakle teatralne, wystawy plastyczne. Policja dała za wygraną.

Tak powstało Wolne Miasto Christiania mające tworzyć alternatywny rodzaj społeczeństwa, gromadzić nonkonformistów, gardzących mie-szczańskim stylem życia. Dziś elita Christianii mieszka w otoczonych ogródkami eleganckich domkach, które przejęła po kaście oficerskiej lub wybudowała sama.

Większość z nich to przedstawiciele pokolenia ’68. Mają po 50, 60 lat.  Mówią o sobie: dzieci kwiaty. Christiania, symbol witalności kontrkultury, jest coraz bardziej przygarbiona i pomarszczona. Antropolog Irma Clausen opowiada, że w latach 70. urodziło się tu 70 dzieci, ale w latach 80. już tylko 30. Najgorsze jednak – dodaje – że nasze dzieci nie chcą tu z nami mieszkać, mówią nam: to nie nasz pomysł na życie.

Większość osób zaangażowanych w powstanie Wolnego Miasta głosiła, że pragnie uciec od kapitalistycznego państwa i stworzyć alternatywne formy samorządności, samoorganizacji i samowystarczalności. Dziś owi podstarzali hippisi są całkowicie zdani na łaskę znienawidzonego przez nich państwa – żyją z zasiłków społecznych, gdyż przez lata nie pracując i nie opłacając składek ubezpieczeniowych, pozbawili się środków do życia. Długi czas i tak pozostawali w iluzji – wierzyli, że można być niezależnym od państwa i nie płacić ani za wodę, ani za prąd – w rzeczywistości przez lata rachunki opłacało za nich państwo tolerujące ten eksperyment.

Steen Nielsen już w 1973 r. zorientował się, że sprawy idą w złym kierunku. Steen to postać szczególna. To właśnie on zapoczątkował masowe przejmowanie opuszczonych budynków w Christianii. – To było 2 sierpnia 1971 r., dokładnie o godzinie 12.30. Wszedłem wtedy do pustego mieszkania po pewnym pułkowniku i jak zobaczyłem przedpokój, to pomyślałem sobie: tu można zrobić kort tenisowy.

Dziś Nielsen mówi o „zdradzonej rewolucji”: – To miało być miejsce głównie dla młodych studentów z prowincji, niemających własnych mieszkań. Mieli kończyć studia i oddawać wolne lokum następnym. Tymczasem najbardziej zaradni zajęli mieszkania dla siebie, urządzili się, a do dzielnicy weszły pieniądze. Dziś Christiania to zamknięty klub. Nie możesz zamieszkać tam swobodnie, tak jak kiedyś. Musisz przejść coś w rodzaju castingu przed sąsiadami. Oni decydują, czy możesz zostać. Byle kogo nie wezmą. W Christianii pojawiły się duże interesy, ponieważ pojawiły się narkotyki.

 

Sam Steen jest uzależniony. Jego głównym źródłem utrzymania są pogadanki w szkołach, gdzie na własnym przykładzie próbuje odstraszać uczniów od narkotyków. Mówi im: – Kiedy palisz marihuanę w piątek, sobotę i niedzielę, a w poniedziałek idziesz do szkoły, to tracisz zdolność uczenia się. Wykorzystujesz tylko 25 proc. swoich możliwości. Kiedy tak palisz przez lata, to nie możesz być rozwinięty w 100 proc. jako człowiek. W wieku 30 lat wciąż zachowujesz się jak nastolatek. Sam tego doświadczyłem i nie rozumiałem, co się ze mną dzieje. Co się stało z  rozwojem wewnętrznym. A ja po prostu przestałem być rozwinięty.

Narkotyków nie brał natomiast nigdy Nils Vest, od lat mieszkający w Christianii, autor kilku filmów dokumentalnych o niej. Daje mi archiwalne nagrania z 1 maja 1974 r., na których widać, jak kontrkulturowcy z Christianii obchodzą Święto Pracy. Ubrani w kufajki i czapki uszanki, jeżdżą tekturowymi czołgami, strzelają z zabawkowych wyrzutni rakietowych, powiewają czerwonymi flagami z sierpem i młotem i śpiewają Międzynarodówkę. Przypomina mi to happeningi Pomarańczowej Alternatywy. Vest wyprowadza mnie jednak z błędu – w Christianii nie robili sobie jaj z komunizmu, oni go brali na serio, tylko wyrażali w kontrkulturowej formie.

Znakiem firmowym Wolnego Miasta były zawsze narkotyki. Miejscowa społeczność od początku akceptowała obecność haszyszu i marihuany jako nieodłącznych elementów hippisowskiego stylu bycia. Jednak oprócz narkotyków miękkich w dzielnicy pojawiły się twarde: heroina, kokaina, LSD. Christiania zaroiła się od dilerów białego proszku, paserów przyjmujących kradzione rzeczy od narkomanów, nieprzytomnych ćpunów i nastoletnich dziewczyn sprzedających swoje ciało za porcję heroiny.

W 1979 r. władze Kopenhagi zagroziły, że zakończą eksperyment społeczny o nazwie Christiania. Zgromadzenie Wolnego Miasta zmuszone zostało więc do podjęcia decyzji zaprzeczającej dwóm podstawowym zasadom tej alternatywnej enklawy. Pierwsza brzmiała: „zabrania się zabraniać”. Teraz trzeba było zabronić posiadania i sprzedaży narkotyków twardych. Jak jednak wyegzekwować ten zakaz, skoro do tej pory pacyfistycznie nastawiona społeczność Christianii wyrzekała się stosowania przymusu?

Ratunkiem okazał się Bullshit. Tak nazywał się gang motocyklowy, któremu mieszkańcy Christianii zlecili oczyszczenie dzielnicy z twardych narkotyków. Bullshitowcy w czarnych skórzanych kurtkach, siedząc na harleyach, z rykiem silników przemierzali Christianię, zatrzymywali i rewidowali każdego podejrzanego. Zapłatą była możliwość zabrania skonfiskowanego towaru dla siebie. W ten sposób gang zbił fortunę, sprzedając zarekwirowane narkotyki w innych częściach Kopenhagi.

W 1987 r. bullshitowcy znikli z Christianii. Według oficjalnej wersji spełnili swoje zadanie; według nieoficjalnej – zastąpili ich mniej widoczni, ale za to bardziej bezwzględni zawodnicy. Ci ostatni uzyskali od elit Christianii monopol na handel narkotykami – pod warunkiem jednak, że będzie to tylko haszysz i marihuana.

Sytuację dzielnicy zmieniło zwycięstwo prawicy w wyborach parlamentarnych w 2001 r. Nowy rząd wydał wojnę narkotykom. Według danych Europejskiego Centrum Monitorowania Narkotyków i Uzależnień Dania jest jednym z krajów o najwyższej na świecie liczbie osób zażywających marihuanę.

Z nowej polityki władz cieszy się komisarz policji Paw Mangelsen. Policjanci już dawno chcieli zrobić porządek z narkotykowym rynkiem w Christianii, ale lewicowe rządy do tego nie dopuszczały.

Frank Hedegaard, wicemer Kopenhagi, działacz Ludowej Partii Socjalistycznej, a na dodatek członek Unii Użytkowników Narkotyków, opowiada się wprost za zalegalizowaniem branży narkotykowej. W ten sposób – przekonuje – państwo zarabiałoby pieniądze, które potem można byłoby przeznaczyć na pomoc narkomanom.

Póki krajem rządzi prawica, jest to jednak niemożliwe. Nowe władze wprowadziły możliwość rewidowania każdego podejrzanego nie tylko na terenie Christianii, lecz także kilkaset metrów poza jej granicami. Mangelsen nie ukrywa, że jego podopieczni korzystają z tego prawa: – Prowadzimy politykę nieustannego nękania, tak aby wykorzenić narkotyki z Christianii. Każdego dnia aresztujemy za posiadanie marihua-ny lub haszyszu 30–40 osób.

W tym roku parlament uchwalił ustawę o normalizacji Christianii. Postanowiono, że dzielnica powinna zostać sprywatyzowana. Jesper Schou Hansen, członek kopenhaskiej rady miasta z rządzącej Partii Liberalnej, opowiada mi inną niż christianici wersję historii tego miejsca: – Pewna grupa ludzi weszła kiedyś na teren Christianii i ukradła dzielnicę. To nie jest w porządku, by ludzie, którzy dokonali kradzieży, mieli prawo zatrzymać łup dla siebie. Jeśli chcą mieszkać w Christianii, niech kupią lub wynajmą mieszkania. Tak jak wszyscy w Danii.

 Obecnie w dzielnicy nie ma własności prywatnej. Mieszkańcy mają jedynie prawo użytkowania lokali przydzielonych przez wspólnotę. Płacą za świadczenia komunalne i podatek na rzecz wspólnoty. Hannah Carlsen, jedna z twórczyń stron internetowych Christianii, boi się, że ustawa może spowodować zmianę charakteru dzielnicy, gdyż wielu jej mieszkańców nie będzie stać na wykup lokali. Teren dostanie się w ręce bogaczy. W związku z tym społeczność założyła fundację chcącą wykupić teren Christianii i zachować jej unikalny charakter. – Jeśli przegramy w sądzie, wzniecimy zamieszki na ulicach – odgraża się Klaus Tanzer, niemiecki architekt zamieszkały w Christianii.

Frank Hedegaard uważa, że rząd będzie musiał pójść na kompromis z mieszkańcami dzielnicy, ponieważ od lat stanowi  ona jedną z największych atrakcji turystycznych Danii. Czy jednak Wolne Miasto bez narkotyków będzie w stanie przyciągnąć gości? Dziś stragany na Carl Madsens Plads oferują tylko fajki, nargile czy maszynki do skrętów, a ponieważ nie ma już haszyszu i marihuany, wokół panuje pustka. Nie ma tłumów jeszcze półtora roku temu kłębiących się w oparach narkotykowego dymu. Podobna pustka panuje w legendarnym barze Woodstock, przypominającym knajpy z westernów z gośćmi wyglądającymi tak, jakby pamiętali czasy Dzikiego Zachodu. Kiedy rozwiały się opary haszyszu, opuścili to miejsce klienci.

Większość mieszkańców Christianii opowiada się zdecydowanie za swobodnym dostępem do miękkich narkotyków. – Prawo do marihuany to prawo do wolności – mówią. Hannah Carlsen nie ma wątpliwości: – Rząd Danii bardzo przypomina nazistów, ma faszystowskie podejście do wielu spraw. Oni chcą zabrać naszą wolność.

Steen Nielsen widzi to jednak inaczej: – Narkotyki nie przynoszą wolności.
Ale przynoszą pieniądze.